katechizm białego człowieka

Styl aktorskiej gry najbliższy jest występom kabaretowym, stand-up comedy, w najlepszym wydaniu!
Reżyseria:
Mirosław Neinert
Tekst:
Jarosław Murawski
Występują:
Hubert Bronicki
Muzyka:
Zespół Pieśni i Tańca Katowice
Bracia i Siostry! Drodzy Pielgrzymi!Dołóżcie starań, by wziąć udział w tym wspaniałym, modlitewnym spotkaniu organizowanym przez firmę „Pielgrzymka z Klasą Piotr Gawron Sp. z o.o.” pod duchowym przewodnictwem Księdza Marka. Za cenę biletu wstępu macie szansę na zbawienie, a ponadto wykupiony obiad w hotelu „Pod Strzechą”, gdzie dostąpicie okazji zakupu po promocyjnych cenach innowacyjnych technologicznie garnków Perptera. Tegoroczna Pielgrzymka odbędzie się w intencji obrony wiary i wolności naszej Ojczyzny – Polski, matki, która wiele wycierpiała i wciąż na nowo cierpi. Informuje się także, że w tym roku będziemy drukować nowy śpiewnik z aktualnymi pieśniami (6,50 zł/szt., 2 szt.= 10 zł) – stare śpiewniki są nieważne.
Kup Bilet

Jan Klata, w wywiadzie, jakiego udzielił „Gazecie Wyborczej” po pamiętnych wydarzeniach krakowskich zaapelował, by prawica odpowiedziała na lewicowe spektakle własnymi dziełami i zamiast palić cudze teatry, zaczęła robić swoje. Zrealizowany przez katowicki Teatr Rawa tekst Katechizm białego człowieka Jarosława Murawskiego, jeśli zagrany byłby na serio, z prostą wiarą we wszystkie słowa, jakie w nim się pojawiają, mógłby zostać potraktowany jako zapowiedź takiego właśnie „prawicowego teatru” (wcale niekoniecznie w zgodzie z wolą i intencją samego autora). Murawski kontynuuje w Katechizmie temat, jaki podjął już w innym swoim tekście Na Boga!, wystawionym przez Marcina Libera w Wałbrzychu. Widać, że Murawskiego dręczy i uwiera polski katolicyzm i że próbuje jakoś tej niewygodzie dać wyraz w swoich dramatach. O ile w Na Boga! porwał się na niezwykle rozbudowaną i skomplikowaną formę – napisał poemat publicystyczny trzynastozgłoskowcem – o tyle Katechizm białego człowieka ma dość ascetyczną, bezpośrednią formę monodramu. Lecz według mnie i w jednym, i w drugim przypadku Murawski strzela nie tyle celnie, co Panu Bogu w okno.

Jak to się stało? Otóż Murawski porwał się na rzecz w obecnej polskiej sytuacji kulturowej dość karkołomną. Próbuje piętnować płytką, polską religijność łączącą się w swoich manifestacjach w sferze publicznej z postawami dość obrzydliwymi: homofobią, ksenofobią, rasizmem – jednocześnie broniąc chrześcijaństwa (czy szerzej: religii) jako formy transcendencji niezbędnej do życia oraz jako porządku etycznego opartego na dziesięciu przykazaniach. Wyrazem tej obrony jest finałowy monolog Boga w spektaklu wałbrzyskim; jest nim też na przykład fragment Katechizmu… poświęcony księdzu Pawłowi – kapłanowi, który pomógł bohaterowi wydobyć się z choroby alkoholowej. W dzisiejszej, mocno spolaryzowanej rzeczywistości, charakteryzującej się łatwością przypisywania innych oraz samych siebie do wyrazistych i radykalnych stanowisk, taka próba może okazać się mało czytelnym i zbyt niejednoznacznym przesłaniem. Cenię jednak Murawskiego za to, że się takiego zadania (moim zdaniem skazanego na przynajmniej częściowe niepowodzenie) podjął, bo warto w publiczny dyskurs (a składają się nań także spektakle teatralne) wprowadzić nieco niejednoznaczności.

Sytuacja wyjściowa w spektaklu jest dość prosta: trwa zbiórka przed wyruszeniem na pielgrzymkę. Autokary się spóźniają, więc organizator próbuje zająć zebranych rozmową wprowadzającą w klimat wyprawy. Zaczyna od spraw organizacyjnych (zajmowanie miejsc w autobusach), by dość łatwo przejść do objaśniania rzeczywistości w duchu patriotyczno-katolickim. Mówi: „Kiedy na was patrzę, to widzę, że macie otwarte głowy. Nie zamykacie się w jednej wizji świata, jednej interpretacji. Chcecie poznać inny punkt widzenia. Chcecie zrozumieć. Podyskutować. Dobrze trafiliście.” Ale zaraz potem znienacka atakuje jednego z widzów traktując go jako uczestnika pielgrzymki: „Na przykład Pan – kiedy ostatni raz był pan u spowiedzi?”. Od razu wiadomo, jak będzie wyglądała „dyskusja” i „poznawanie innego punktu widzenia”. Organizator zapowiada uspokajająco, że pielgrzymka zatrzyma się w polskim hotelu „Pod strzechą”, podany będzie polski schabowy z kapustą i ziemniakami, a nie na przykład kebab (tu rozpoczynają się dywagacje, czy przed zjedzeniem kebabu można się pomodlić, bo to przecież danie tureckie, czyli muzułmańskie). A potem rusza jazda na całego, przez wszystkie stereotypy: leniwego Cygana, Żyda władającego mediami, zniewieściałego geja (a w zasadzie pedała), który nie będzie w stanie, gdy przyjdzie pora, podjąć się obrony Ojczyzny. Coraz bardziej paranoiczne wywody (nie pozbawione jednak pozorów logiki) mówca kończy wezwaniem zebranych do pójścia na pielgrzymkę pieszą – autokary definitywnie nie przyjadą. Sam poprowadzi prawdziwych Polaków „dobrym skrótem przez Grunwald, Cedynię, przez Psków, Chocim, Racławice, Westerplatte, Monte Cassino” aż na pola „Cudu nad Wisłą”.

Ta przemowa wygląda jak kolaż publicznych wystąpień przedstawicieli Kościoła katolickiego w Polsce. Prezentuje w zwartej formie oficjalną linię programu społecznego i kulturowego polskiego katolicyzmu (nie ma jedynie nic o potworze Dżender, ale pewnie dlatego, iż to zbyt świeża sprawa). Ze sceny docierają do nas dokładnie takie same słowa, jakie spadają z ołtarzy w dużej części kościołów oraz poglądy prezentowane w prasie nazywanej prawicową. Teatr, kondensując je do granic karykatury, wydobywa z nich całą obrzydliwość i absurd.

Za część owej obrzydliwości obciążyć można posuniętą do granic absurdu polityczną poprawność prezentowaną w oficjalnej sferze kulturowej. To właściwie od niej wychodzi Murawski w swoim tekście przywołując postać biegacza, o którym komentatorzy sportowi mówili – kiedy zajął na igrzyskach dziesiąte miejsce – że był „najszybszym Europejczykiem”. Używali tego zwrotu, by ukryć, że był jedynym białym w pierwszej dziesiątce. Tak oto całkiem słuszna idea walki z rasizmem przybrała karykaturalną formę i ujawniła zupełnie inną warstwę stereotypu: założenie, że Europejczyk musi być biały. Jeśli z jednej strony mamy taką właśnie politycznie poprawną gładką nowomowę, a z drugiej „kochającą inaczej” mowę żarliwych katolików (zgodnie cytowaną w spektaklu, biblijną zasadą: „Ja wszystkich tych, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się.”) gdzie może znaleźć dla siebie miejsce ktoś nie wpisujący się w żaden z tych obozów? Gdzie jest przestrzeń dla krytycznego myślenia? Mam wrażenie, że Teatr Rawa do spółki z Murawskim próbują – na dość małą skalę i nie zawsze w artystycznie wyrafinowany sposób – właśnie ją tworzyć.

Jeszcze raz powtórzę, na poziomie tekstu, czytanego wprost, jego wymowa może być dość przerażająca, choć uważny czytelnik może wyczuć ironię. Ale czy tak subtelne narzędzie, jak ironia może być jeszcze skuteczne? Można w to wątpić i być może dlatego Hubert Bronicki, występujący w tym monodramie, korzysta przede wszystkim z mniej subtelnych środków. Gra bardzo ostro, przerysowuje i ośmiesza swoją postać, miota się po scenie, wykonuje zamaszyste gesty. Styl jego gry najbliższy jest występom kabaretowym, stand-up comedy. Choć, owszem, potrafi być również stonowany, liryczny niemal – jak wtedy gdy wspomina księdza Pawła, czy swoją narzeczoną. Jednak to podstawowy sposób, w jaki aktor prowadzi działania postaci, tak naprawdę uruchamia krytyczny potencjał tego tekstu. Nadekspresja Bronickiego kreuje pewien sarkastyczno-krytyczny metatekst spektaklu. Można mieć jednak obawy, że w innej realizacji ów metatekst mógłby nie zaistnieć i wówczas mielibyśmy prawdziwie groźny, grany bez żadnego dystansu „teatr prawicowy”, jakiego – niebacznie – domagał się Klata.

Bronicki łatwo i w niewymuszony sposób nawiązuje kontakt z widzami, a w przypadku prezentacji, którą widziałam, widzowie dość spontanicznie przyjmowali narzuconą sobie rolę, co niewątpliwie jest wynikiem działań aktora i przyjętej przez twórców quasi kabaretowej konwencji. Widzowie bez wahania odpowiadali na jego teksty, które – choć nie zawsze były życzliwe – nigdy również nie były grubiańskie. Dzięki temu to jedynie on sam, a nie inni widzowie, prowokował widzów do śmiechu. A widzowie śmiali się na tym spektaklu chętnie i często.

Śmiech może być formą obrony, odreagowania, może też być bronią. To śmiech widzów pokazywał, że słowa, jakie padały ze sceny nie były odbierane serio i że spektakl był raczej krytycznym komentarzem do dyskursu „katolicka większość – reszta społeczeństwa”, a nie wezwaniem do zorganizowania państwa zgodnie z zasadami hałaśliwej części tejże większości. To Bronicki swoimi działaniami wydobył subwersywny charakter tego tekstu. Inni jednak mogą tego nie zrobić i w tym leży groźny potencjał Katechizmu białego człowieka.

Choć może jednak Murawski strzelając Panu Bogu w okno, strzela dokładnie tam, gdzie powinien? Bo do kogo innego można mieć pretensje, że stworzył Polaków takimi, jakimi są? To napisałam ja: biała Europejka, niekatolicka chrześcijanka, heteroseksualna Patka Molka.

Joanna Ostrowska