moskwa pietuszki

Rytm przedstawienia, czy może raczej koncertu, wyznaczają kolejne pieśni. Sieklucki w rosyjskiej piosence odnajduje się świetnie, zaskakuje warsztatem wokalnym, świetne instrumentarium dopełnia całości.
Reżyseria:
Piotr Sieklucki
Tekst:
Wieniedikt Jerofiejew
Występują:
Piotr Sieklucki, Paweł Harańczyk, Łukasz Marek, Tarek Tafesh, Paweł Kuźmicz
Dźwięk:
Daniel Dybała
Muzyczna adaptacja głośnej prozy Wieniedikta Jerofiejewa „Moskwa-Pietuszki”. Radziecka opowieść o wiecznym czekaniu, podróży i samotności na granicy rockowego koncertu i spektaklu. Podróż trasą z Dworca Kurskiego w Moskwie do stacji Pietuszki to nie tylko przyjrzenie się smutnemu obrazowi współczesnego narodu rosyjskiego uzależnionego od alkoholu. To także okazja do sporej dawki gorzkiego śmiechu, który wywołują przeprowadzane przez głównego bohatera eksperymenty z alkoholem i opisy stanów fizycznych i psychicznych występujących na różnych etapach picia.
Kup Bilet

Jak uczynić z rwącego potoku pijackiej świadomości Wieni Jerofiejewa zajmujący i dynamiczny współczesny spektakl? – o „Moskwie Pietuszki” w reż. Piotra Siekluckiego z Teatru Nowego w Krakowie pisze Michał Centkowski z Nowej Siły Krytycznej.

Piotr Sieklucki postanowił zmierzyć się na scenie z legendą tekstu Jerofiejewa. Pijacka odyseja moskiewskiego włóczęgi, który nigdy w życiu nie widział Kremla i za wszelką cenę próbuje wydostać się z przeklętego miasta, by dotrzeć do swej mitycznej krainy „gdzie jaśmin kwitnie rok cały” i gdzie co piątek czekać ma jego Helena – jasnowłose, cudne „półkurwie”.

W poemacie, pośród opisu topografii Moskwy, znajdują się strofy, w których Wienia dzieli się poglądami na specyfikę rosyjskiej duszy, którą można dostrzec w oczach jego rodaków, a której próżno już szukać w spojrzeniach mieszkańców opowiedzianego „handlową metaforą” Zachodu.

Świat, jaki wyłania się z tej opowieści, jest nasycony surrealistycznym poczuciem absurdu, bolesnym bezsensem codziennych zmagań. To świat na opak, niczym w śnie wariata. Jedynym lekarstwem na bezmiar egzystencjalnej porażki, na którą wydaje się skazany człowiek, jest szklaneczka żubrówki, kufelek piwa żygulowskiego czy wreszcie – w chwilach najczarniejszego zwątpienia – Balsam Kanaański. Denaturat, ciemne piwo, oczyszczona politura.

Rytm przedstawienia, czy może raczej koncertu, wyznaczają kolejne pieśni. Sieklucki w rosyjskiej piosence odnajduje się świetnie, zaskakuje warsztatem wokalnym, świetne instrumentarium dopełnia całości.

Wędrówkę Wieni znaczą kolejne upadki. Dworzec Kurski, Sierp i Młot, Karaczawo, Czuchlinka i wreszcie wyśnione Pietuszki – przyrzeczona kraina wiecznego szczęścia.

Wienia spotyka ukochaną. Spowita w biały welon Katarzyna Chlebny śpiewa mu liryczną pieśń.

Jak zginął Puszkin? Nieważne. Jak oczyścić politurę? – oto jest pytanie.

„Wszyscy jesteśmy jakby pijani, każdy na swój sposób; jeden wypił mniej, inny więcej. I na różnych różnie to działa: jeden śmieje się światu w twarz, a inny skłania głowę na piersi tego świata i płacze. Jeden już się wyrzygał i jest mu dobrze, a innego dopiero zaczęło mdlić”.

To tylko sen. Wienia nikogo nie spotyka i nigdzie nie dociera.

Na dworcu dopada go przeznaczenie: czterech typów o mordach tak strasznych, że strach pisać…

„I jeśli kiedykolwiek umrę – a wiem, że umrę w bardzo krótkim czasie – umrę, zgłębiwszy ten świat z bliska i z daleka, z góry i z dołu, ale z nim nie pogodzony” – powiada gorzko Wienia. Jest w tym jakiś przedziwny triumf.

„Umrę i On zapyta mnie w wówczas „Czy było ci tam dobrze, czy źle”? Ja zaś będę milczeć, opuszczę wzrok i będę milczeć”

***

Przejmująco wybrzmiewa „Modlitwa” Okudżawy.

***

Jak uczynić z rwącego potoku pijackiej świadomości Wieni Jerofiejewa zajmujący i dynamiczny współczesny spektakl? Można iść w kierunku melancholii i smutku, jak uczynił to Duczyński w Teatrze Kana. Można też, wzorem Siekluckiego, wpuścić na scenę świetny zespół i uzupełnić tę „filozofię spojrzenia przez dno butelki” pełnymi energii, kultowymi rosyjskimi songami. Punkowymi numerami i liryczną poezją śpiewaną: Wysockim i Pugaczową, Targovym i Lepsą. Zaś ostatnie przejmujące frazy poematu, pełną bólu refleksję umierającego bez powodu i sensu Wieni, powierzyć aktorowi spełnionemu – Edwardowi Linde-Lubaszenko.

Żeby przekonać się, co Wienia śpiewał w drodze na tamtą stronę lustra, trzeba się wybrać do Nowego Teatru. Warto.

Michał Centkowski